
Spokojnie, rodzinnie, w domu. Solenizantka sama zdmuchnęła świeczkę (słowo!)Tutaj link do postu z zeszłego roku, gdy Martusia się urodziła.
A powyżej próbka martusiowego chodzenia. To było 26go września, więc wyobraźcie sobie jak teraz śmiga! już nie tylko łazi po całym domu, a i w ogrodzie i chętnie wdrapuje się w najdziwniejsze miejsca.
Któregoś przedpołudnia miała fazę na wchodzenie na krzesła. Na szczęście minęło.
Są takie dni, w tym i ten właśnie, kiedy mniej lub bardziej odczuwamy home sick, czyli tęsknotę za domem, rodziną i miejscami, gdzie się wychowaliśmy i które lubimy. Jakoś nam nie w smak zapraszać brytyjskich znajomych na rodzinne święta, a do prawdziwych rodzin i przyjaciół daleko. Dzieli nas nie tyko dystans geograficzny, ale już i nawet czasowy - jesteśmy na wyspach przeszło 3.5 roku. To dystans, który z każdym dniem się powiększa. Na martusiowe urodzinki dostaliśmy więcej karteczek po angielsku niż po polsku i nawet rodzice chrzestni zapomnieli choćby zadzwonić. To drobne znaki, że siłą rzeczy coraz mniej mamy ze sobą wspólnego, coraz mniej wspólnych tematów i problemów. Z drugiej strony coraz bardziej wrastamy tutaj, pomimo biernego oporu, czy mimo częstych różnorakich kontaktów z krajem i 2-3ma wizytami w Polsce rocznie.












































